środa, 11 września 2013

1.1. „Leave the world behind you”


Lune - Leave the world behind you. 






Z trudem zniosłam walizkę z kilku schodków. Kiedy stałam już na trawniku, oddychając głęboko, zauważyłam kilka znajomych twarzy – ludzi z mojej szkoły.
-Będziemy tęsknić. – powiedziała Anette, wysoka dziewczyna o piskliwym głosie. Reszta skinęła głowami, na potwierdzenie jej słów.
-Mhm. –mruknęłam tylko. Nie będą tęsknić. Prawie mnie nie znali. Spotykaliśmy się tylko na lekcjach, nic więcej.
-Leaf nie mógł przyjść.
Podniosłam wzrok. Przede mną stał kumpel Barneya, Mike, o ile dobrze pamiętam.
-Nie chciałam, żeby przychodził. –głos mi się łamał, więc nie wypadłam zbyt wiarygodnie. Nie chciałam, pragnęłam żeby przyszedł. Ale po tym co zrobił, chyba się bał. Nie dziwię się.
-Powiedział, że zadzwoni.
-Niech nie dzwoni. Przekaż mu, żeby dał mi spokój, tak jak mówił. –w kącikach moich oczu znów zaczęły gromadzić się słone łzy. Przyśpieszyłam kroku i otworzyłam drzwi taksówki. Tylko wyjazd może mnie uratować. Kierowca wyszedł z samochodu i pomógł włożyć mi walizkę do bagażnika. Siadłam z tył i po chwili obserwowałam oddalające się sylwetki. I dom.

„Leave this world behind
Leave the world behind you”

(„Zostaw świat,
Zostaw świat za sobą”)

Nigdy tu już nie wrócę. Muszę pożegnać wszystko, całe osiemnaście lat wymazać z pamięci i życiorysu. Zacznę od nowa. Tak myślę.


Londyn. Prawie 4 godziny drogi sprawiły, że resztki energii ze mnie uszły. Znów byłam tylko znudzona, ale mimo to, niewielkie podekscytowanie wciąż podkręcało temperaturę w moich żyłach. Pogoda zdecydowanie nie sprzyjała – deszcz padał rzęsiście, a po słońcu nie pozostał nawet ślad. Taksówka zatrzymała się przed odrestaurowaną kamienicą. Kiedy byłam małą dziewczynką przyjeżdżaliśmy tu czasem. Jakieś pół roku temu rodzice zrobili jednak generalny remont. Po skończeniu szkoły miałam się tu przeprowadzić. Proszę bardzo, mam czego chciałam.

„Ciekawe czy poznam cokolwiek?” zastanawiałam się. Wniosłam bagaże na drugie piętro. Niby w budynku była winda, ale ja mam klaustrofobię, więc taka opcja odpadała. Zadyszka mnie nie zabije. Wcześniej, jeszcze w Liverpoolu wydobyłam z szuflady w gabinecie taty, pęk kluczy. Otworzyłam nimi solidne drzwi. Mama zawsze miała obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Nawet to ich nie uchroniło…
Weszłam do przedpokoju. Był cały biały i nowoczesny. Chociaż sprzęty pokrywała warstewka kurzu, utrzymało się to ukochane przeze mnie wrażenie czystości. Mieszkanie było niewielkie – łazienka, pokój dzienny z kuchnią, i sypialnia. Akurat na moje potrzeby. Ale czy teraz w ogóle mnie to obchodziło? Pewnie będę siedziała całymi dniami w łóżku, pijąc zieloną herbatę i zajadając Cadbury. Pieniądze ze sprzedaży domu wpłynęły już na moje konto, przez najbliższe miesiące, mogę spokojnie odpuścić sobie pracę.

Zaczęłam wypakowywać moje rzeczy. Wzięłam ich naprawdę mało. Lepiej kupić resztę tutaj, niż wozić ze sobą kupę –jakby nie było –pamiątek.

Kiedy większość ubrań i kosmetyków była już na swoim miejscu, na dnie walizki zauważyłam coś co wywołało uścisk w żołądku. Jego zdjęcie. Był na nim w swojej ulubionej koszulce. Widać było wszystkie tatuaże, które wcześniej tak uwielbiałam całować. Tunele, które u innych mnie odstraszały, z Leafem stanowiły wybuchową mieszankę, niebezpieczną dla moich zmysłów.

Zastanawiacie się kim był Leaf. Kim jest.

Jedyną sprawą sporną między mną a rodzicami, było moje upodobanie do niego. Do typowego bad boy’a, słynnego w całym Liverpoolu. Do faceta, którego zazdrościła mi połowa lasek. Druga połowa czekała tylko na widok mnie z pokaleczoną twarzą. Wszyscy bali się Leafa Barneya. Wszyscy oprócz mnie. Byliśmy jak ogień i woda, ja zawsze spokojna i cicha, on głośny i niebezpieczny. Pamiętam jak wskakiwał do mojego pokoju w nocy, przez okno. Cały pobity. Mówił:

-Pocałuj mnie. Pocałuj każdą moją ranę, mała.

Robiłam to. Byłam mu posłuszna. Ukrywaliśmy się, co wkurzało go coraz bardziej. On planował, że w moje osiemnaste urodziny uciekniemy. Nie chciałam mu zdradzać, że nie pochwalam tego pomysłu. Człowiek przy zdrowych zmysłach owszem uciekłby, ale od Leafa, lecz ja kochałam go do nieprzytomności.

Jednak, pewnej nocy dostałam telefon. Telefon z policji.


FLASBACK

Siedziałam sobie w moim pokoju, i kartkowałam jakieś modowe czasopismo. „Boże, ale głupoty” pomyślałam, i natychmiast zanotowałam w pamięci, żeby powiedzieć to mamie. Musimy przestać prenumerować Cosmo. Mój iPhone zawibrował, a ja z uśmiechem odczytałam wiadomość.

"To co, dzisiaj u ciebie? Otwórz okno szeroko... Mam ci coś do powiedzenia"
 


Już miałam odpisywać, kiedy usłyszałam dzwonek – theme ze Skinsów. Na ekranie zobaczyłam nieznany numer.

-Tak słucham?
-Dzień dobry. Pani Angelina Collins?
-Tak. Coś się stało? –wyczułam napięcie w głosie mężczyzny, które udzieliło się także mnie.
-Owszem. Ale to nie jest sprawa na telefon. Czy może pani przyjechać na najbliższy komisariat?
-Cóż, nie za bardzo mam możliwość… -głos mi drżał. Byłam już niemal pewna, że coś złego musiało się wydarzyć. –Czy może mi pan powiedzieć, co do cholery się stało?!

Po drugiej stronie zapadła cisza, po chwili przerwana niewyraźnym bełkotem.
-Może pan powtórzyć?
-Pani rodzice nie żyją. Zginęli w wypadku.

Rzuciłam słuchawką. Nie byłam jedną z tych osób, które wypierały złe wiadomości. Dobrze rozumiałam co usłyszałam. „Pani rodzice nie żyją, pani rodzice nie żyją, pani rodzice...”… Na boso wybiegłam z domu. Nie mogłam oddychać, z trudem dotarłam do domu Leafa i jego brata. Mój chłopak otworzył mi drzwi.
-Leaf… -zdołałam wyjąkać, po czym osunęłam się w jego ramiona.

Obudziłam się kilka minut później. Leaf zdawał się w ogóle nie przejmować moim omdleniem, ani niespodziewaną wizytą. Pierwszymi słowami, które usłyszałam było:
-Poczekaj, aż ja ci coś powiem, dopiero wtedy ty mów to co chciałaś.

Skinęłam głową.

-Musimy to zakończyć, mała. Mam dosyć ukrywania się.
-Co? Ale Leaf…
-To koniec.

Nie dowiedział się, co chciałam mu powiedzieć. Zanim się obejrzał, byłam już na ulicy. 

 ____________________________________________________________________________________

CZYTASZ=KOMENTUJESZ
mam nadzieję, że się podoba:) o ile ktoś to czyta wg hahah. miłego popołudnia xx 

1.0. Youth.

  (polecam czytać wolno) Daughter - Youth:)


Niemal nieprzytomnie wpatrywałam się w ścianę. Miała nieokreślony, szaroniebieski kolor, całkiem ładny. Chociaż w zasadzie mnie to nie obchodziło. Chciałam tylko położyć się na łóżku, i zasnąć na zawsze. Nie umrzeć, nie chciałam chyba umierać. Chciałam zasnąć, błogo spać, gdy te wszystkie złe rzeczy dzieją się i niszczą kolejne żywoty. Mój był wrakiem.
Moje drobne ciało ogarnęło przejmujące zimno. Wstałam, i zamknęłam okno. Powietrza też miałam już dosyć. Było dla mnie zbyt ciężkie, nie mogłam go udźwignąć, a co dopiero tego całego ciężaru, którego z każdym dniem większa ilość opadała mi na barki. Znacie to uczucie pustki? Wcześniej był strach, żal i smutek, teraz nie ma nic. Ja miałam tak codziennie. Zupełnie niczym się nie przejmowałam, przyziemne sprawy stały się dla mnie całkiem nieistotne. Nie jadłam, nie piłam, nie mówiłam, nie spotykałam się z ludźmi. Wszystkie plany, marzenia gdzieś po drodze zniknęły. Zniknęły razem z dwiema najważniejszymi osobami w moim osiemnastoletnim życiu. Miałam być szczęśliwa i beztroska, bawić się, konsumować młodość w stu procentach. Los chciał inaczej, już się z tym pogodziłam. Ale czy naprawdę od razu musiałam stracić wszystko? Czy powiedziałam, że wszystko odeszło z dwiema osobami? Przepraszam, pomyłka. Był jeszcze ktoś, chyba najgorszy dla mnie. Ktoś, kto wyrwał z mojego poranionego wnętrza resztkę uczuć.

„And if you're still bleeding, you're the lucky ones
'Cause most of our feelings, they are dead and they are gone”

(„ I jeżeli wciąż krwawisz, jesteś jednym ze szczęśliwców,
ponieważ większość naszych uczuć jest martwa i odeszła.”)

Już nie kochałam. Mogłam tylko obserwować uczucia, które znikały. Stwierdzenie, że nie miałam serca, było dużym nadużyciem. Ten narząd wciąż gdzieś tam był, ale chyba przestał działać. Jakby ktoś wyjął baterie. Nikt po takiej tragedii nie jest w stanie otrząsnąć się sam, bez żadnego uszczerbku.

Moi rodzice miesiąc temu zginęli w wypadku samochodowym. Za kilka dni będę obchodzić osiemnaste urodziny. Niby to dobrze, nie trafię do domu dziecka. Ale z drugiej strony, zostanę zupełnie sama. Nikt nie będzie się o mnie troszczył, bo nie będzie miał takiego obowiązku. Będę wreszcie tą dorosłą, samodzielną Angel, o której tyle marzyłam. Będę miała własne mieszkanie, bo rodzice przepisali mi lokum w Londynie. Sprzedam dom, teraz także mój, bo Liverpool tylko wywoływał wspomnienia. Park, po którym spacerowaliśmy w niedzielę, kino, do którego chodziliśmy na familijne komedie i piekarnia z naszymi ulubionymi ciastkami. Łzy spłynęły po moich bladych policzkach. Nie wiedziałam dlaczego płaczę. To była już stała reakcja na większość rzeczy. Nigdy w obecności innych ludzi. Tylko w samotności, kiedy nikt nie widział. Odetchnęłam głęboko. Czas pogodzić się z kolejnym smutnym faktem: Moje życie już zawsze takie pozostanie.

____________________________________________________________________________________

CZYTASZ=KOMENTUJESZ!




 

Obserwatorzy